Są takie książki do których lubię wracać po latach i jedną z nich jest Religia Tima Willocka, którą czytałem jeszcze w czasach licealnych. Od tamtej pory ogromnie polubiłem książki historyczne, które pokazują prawdziwe oblicze wojny i konfliktów. Zaś ponowna lektura tej książki utwierdziła mnie w przekonaniu, że jest to bardzo dobra powieść i jeszcze nie jeden raz będę do niej wracał.
Mamy rok 1565. Sulejman Wspaniały wysyła największą armadę od czasów starożytnych z misją unicestwienia zakonu joannitów, których siedziba mieści się na Malcie. Do ostatniej chwili trwają gorączkowe przygotowania do obrony, która ma ogromne znaczenie - jeśli Malta upadnie, reszta basenu Morza Śródziemnego stanie otworem dla Imperium Osmańskiego. W starcie dwóch militarnych i cywilizacyjnych potęg, islamu i chrześcijaństwa, wplątane zostają losy Mattiasa Tannhäusera, najemnika na usługach joannitów, oraz pięknej Carli i jej towarzyszki Amparo, którzy razem wyruszają ostatnim kursem na Maltę, by tam odnaleźć pewnego kilkunastoletniego chłopca. Ucieczka z wyspy wydaje się niemożliwa w obliczu wojny, a na dodatek wkrótce przybywa na nią inkwizytor Ludovico Ludovici, którego z Carlą łączy wspólna, burzliwa przeszłość...
