Rzadko mam okazję czytać retellingi znanych powieści, szczególnie uznawanych obecnie za klasykę literatury. Dlatego skusiłem się i przeczytałem Alicję Christiny Henry, opowiadającą na nowo przygody tytułowej bohaterki, znanej z powieści Lewisa Carrolla.
W tym niepokojącym miejscu, pełnym rozpadających się budynków zamieszkują tylko najbardziej zdesperowani ludzie. Mówią o nim: Stare Miasto. W jego sercu stoi szpital w którego murach rozchodzą się krzyki potępionych dusz. W szpitalu przebywa również kobieta. Jej włosy, niegdyś złociste, opadają w tłustych splotach na zgarbione plecy. Nie pamięta skąd wzięła się w tym budzącym trwogę budynku. Pamięta tylko podwieczorek przy herbatce dawno, dawno temu, długie uszy i zapach krwi... Gdy w szpitalu wybucha olbrzymi pożar, przed kobietą otwiera się szansa ucieczki, wydostania się z nory która ją więziła, odkrycia prawdy na temat minionych lat. Tyle że wraz z nią mury opuszcza coś jeszcze. Coś mrocznego. Coś potężnego. Aby odkryć prawdę będzie musiała zmierzyć się z bestią w nieprzyjaznym Starym Mieście, tam gdzie królik czeka na swoją Alicję...